Ósmy stopien milosci to esej o milosci bez lukru, bez latwego pocieszenia i bez sentymentalnych dekoracji. Wieslaw Falkowski wraca do dawnych imion milosci - storge, ludus, eros, philia, philautia, pragma i agape - aby zapytac, czy wspólczesny czlowiek potrafi jeszcze odróznic bliskosc od posiadania, pragnienie od uzycia, troske od kontroli, dar od dlugu, a milosc od wlasnej potrzeby. To nie jest poradnik o szczesciu ani zbiór gotowych recept na udane relacje.
To literacko-filozoficzna rozmowa o jezyku, który uczy widziec. O domu, który moze byc schronieniem albo klatka. O pragnieniu, które rozswietla, ale potrafi tez pozerac. O przyjazni, która nie powinna byc tylko lustrem. O milosci siebie bez narcystycznego oltarza. O codziennosci, która robi herbate, podaje leki, pamieta o drobiazgach i wlasnie w nich sprawdza wlasna prawde. O darze, który moze ocalac, ale moze tez stac sie rachunkiem wystawionym pod imieniem dobra.
W centrum ksiazki znajduje sie pytanie o ósmy stopien milosci. Nie jako kolejne pietro w systemie uczuc, lecz jako moment rozpoznania: chwila, w której drugi czlowiek przestaje byc funkcja, rola, ciezarem, lustrem, lekarstwem albo problemem - i znów staje sie osoba. Falkowski pisze z czuloscia, ironia i nieufnoscia wobec latwych wzruszen. Nie obiecuje, ze milosc wszystko naprawi. Przypomina raczej, ze bez niej wszystko psuje sie szybciej.
W czasach, w których relacje coraz czesciej zamieniaja sie w transakcje, autoprezentacje, terapie slów albo administracje potrzeb, ta ksiazka proponuje powrót do rzeczy najprostszej i najtrudniejszej: do twarzy drugiego czlowieka. To esej dla czytelników, którzy nie szukaja instrukcji obslugi milosci, ale madrej, trzezwej i gleboko ludzkiej refleksji o tym, co jeszcze moze ocalic czlowieka w czlowieku.
Ósmy stopien milosci to esej o milosci bez lukru, bez latwego pocieszenia i bez sentymentalnych dekoracji. Wieslaw Falkowski wraca do dawnych imion milosci - storge, ludus, eros, philia, philautia, pragma i agape - aby zapytac, czy wspólczesny czlowiek potrafi jeszcze odróznic bliskosc od posiadania, pragnienie od uzycia, troske od kontroli, dar od dlugu, a milosc od wlasnej potrzeby. To nie jest poradnik o szczesciu ani zbiór gotowych recept na udane relacje.
To literacko-filozoficzna rozmowa o jezyku, który uczy widziec. O domu, który moze byc schronieniem albo klatka. O pragnieniu, które rozswietla, ale potrafi tez pozerac. O przyjazni, która nie powinna byc tylko lustrem. O milosci siebie bez narcystycznego oltarza. O codziennosci, która robi herbate, podaje leki, pamieta o drobiazgach i wlasnie w nich sprawdza wlasna prawde. O darze, który moze ocalac, ale moze tez stac sie rachunkiem wystawionym pod imieniem dobra.
W centrum ksiazki znajduje sie pytanie o ósmy stopien milosci. Nie jako kolejne pietro w systemie uczuc, lecz jako moment rozpoznania: chwila, w której drugi czlowiek przestaje byc funkcja, rola, ciezarem, lustrem, lekarstwem albo problemem - i znów staje sie osoba. Falkowski pisze z czuloscia, ironia i nieufnoscia wobec latwych wzruszen. Nie obiecuje, ze milosc wszystko naprawi. Przypomina raczej, ze bez niej wszystko psuje sie szybciej.
W czasach, w których relacje coraz czesciej zamieniaja sie w transakcje, autoprezentacje, terapie slów albo administracje potrzeb, ta ksiazka proponuje powrót do rzeczy najprostszej i najtrudniejszej: do twarzy drugiego czlowieka. To esej dla czytelników, którzy nie szukaja instrukcji obslugi milosci, ale madrej, trzezwej i gleboko ludzkiej refleksji o tym, co jeszcze moze ocalic czlowieka w czlowieku.